Flaga Rafał Sadowski - wyprawy do Mongolii
Mongolia przepiękna kraina Tak tez wygląda transport w Mongolii Ludzie w Mongolii Przepiękne dzikie stada koni w Mongolii Ryby w rzekach Mongolii Wielbłądy i pustynie Mongolii

Wyprawa nad Onon i Balcz październik 2012

Wyprawa nad Onon i Balcz październik 2012

Uczestnicy wyprawy: Andrzej i Cezary (Warszawa), Rafał (Błonie),Waldek i Marian (Mazury).

Przewodnik wyprawy: Murun Dovdon

Kierowca: Molun (lub jakoś tam podobnie)

Wylecieliśmy z Warszawy o godzinie 11.10 30.09.2012 po około dwóch godzinach lądujemy na Szeremietiewie k. Moskwy. O godzinie 20.00 wylatujemy do Ulaan Batar. W czasie lotu obowiązkowo nawiązujemy nowe znajomości i utrwalamy stare. Z tych nowych to Czarkowi trafiło się poznać całą ekipę z telewizji BBC a pozostali utrwalali dotychczasowe. Utrwalacza wystarczyło … Na lotnisku w Ulaan czekał na nas nasz przewodnik i od tej pory wódz wyprawy – Murun. I tu mała niespodzianka – nasze karabiny myśliwskie muszą pozostać na lotnisku, bo nie zdążyli wydać nam zezwoleń. No nic to – na pewno będzie dobrze. I było – po dwóch dniach starań odzyskaliśmy naszą broń i nawet nic nie zginęło. Ten pierwszy dzień oczekiwania to była masakra. Wyobraźcie sobie,że tam każdego 1-go miesiąca obowiązuje prohibicja. Tylko nasza słynna zapobiegliwość (coś niecoś nam zostało z samolotu) oraz niesłychana umiejętność perswazji, zapobiegły nagłemu i nieobliczalnemu w skutkach powrotowi do stanu sprzed wyjazdu.

Trzeciego października, po dokonaniu niezbędnego przeglądu ekwipunku oraz zakupach tego co wydało się potrzebne, załadowaniu samochodu pod sam dach i upchnięciu pozostałych rzeczy pomiędzy nas… ruszamy. Po drodze mijamy ruiny, lub (jak kto woli) rozpoczęte i niedokończone budowy z epoki Sowietskowo Sojuza. Widok niesamowity : w szczerym polu stoją kilkupiętrowe bloki, porzucone w trakcie budowy, a przy nich wielkie dźwigi. Z daleka wygląda to jak wielki plac budowy, a z bliska … to nie wiem.

Po południu dojeżdżamy nad rzekę. Od razu widać,że nie jest to miejsce odludne. Ilość pozostawionych butelek i różnych odpadków nie nastraja zbyt optymistycznie. No ale będziemy tu tylko jeden dzień i jutro ruszamy dalej.

Po rozstawieniu namiotów chłopaki ruszają na ryby i od razu miła niespodzianka. Po paru rzutach Waldek wyjmuje pstrąga a za chwilę przyglądamy się jak piękny tajmień (taki ze cztery kilo) nie chce dać się wyjąć z wody. W końcu ląduje na brzegu i po małej sesji foto – z powrotem do rzeki. W efekcie tych połowów już pierwszego wieczoru mieliśmy okazję zjeść doskonałą rybę z patelni. Ale to oczywiście nic w porównaniu do mongolskiego przysmaku. Nasz Wódz postanowił zrobić nam niespodziankę i przygotował razem z miejscowym myśliwym lokalny przysmak – Tarbagana. Tarbagan to takie zwierzę wielkości naszego świstaka i wydaje mi się,że to jego krewny. Przygotowania tego specjału polegają na oskórowaniu tarbagana i następnie pokrojone kawałki mięsa wkłada się powrotem do tej skóry. Tak przygotowane produkt z zewnątrz się opala a do środka wrzuca gorące kamienie. W efekcie wychodzi rarytas. Spytajcie Czarka. On jeden z nas wszystkich to jadł i nawet mówił,że mu smakuje. Pozostali zadowolili się spróbowaniem. Bo jak tu jeść coś co miękkie tylko jak tłuste, a właściwie to sam tłuszcz. No trzeba być Mongołem. Czarek Mongołem, jak wiadomo, nie jest i w związku z tym tarbagan nie czuł się u niego za dobrze. W nocy postanowił wyjść. Problem w tym, że Czarek z kolei wyjścia z namiotu znaleźć nie mógł. A jak wypuścić zwierzaka jak wyjście ktoś zabrał? Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i każdy znalazł swoje miejsce.

Następnego dnia wyjazd w dalszą drogę.

Na początku jechaliśmy drogą asfaltową, ale już po około stu kilometrach zjechaliśmy na typową mongolską wielopasmówkę. Ilość pasów na takiej drodze jest praktycznie dowolna. Może być tyle ile sobie kierowcy zapragną, a właściwie wyjeżdżą. Zawsze się zastanawialiśmy skąd nasz kierowca wie, którą z tych wielu dróg wybrać. Bo znaków żadnych niet, a każda droga taka sama, tylko koleiny raz głębsze (wzmożony ruch towarowy – droga krajowa) raz płytsze (to może być droga powiatowa). No chyba że po kierunkach świata. Po drodze widzimy na stepie jakieś duże ptaki. Lornetka pozwala je dokładniej obejrzeć … Tak to dropie, bardzo rzadki gatunek, nawet w Mongolii. Murun zrobił kilka zdjęć, jednak za blisko podejść się nie dały. Za to pięknie pozowały w locie.

Nieco dalej widzimy łany zboża i po dokładniejszym obejrzeniu wiemy,że to pszenica. Ale jak to – pszenica w październiku? I do tego nie całkiem dojrzała?

Wieczorem docieramy do miejscowości Bindr. Murun zaprowadza nas do swoich znajomych. Okazuje się,że gospodarz to będzie nasz przewodnik w polowaniu na wilki. Poznajemy też człowieka, który reprezentował Mongolię w strzelaniu na ostatniej Olimpiadzie. W domu oglądamy zdjęcia pięknych tajmieni i szczupaków jakie zostały złapane w pobliskim Ononie. I tu od razu budzi się myśl, że jak Mongołowie wzięli się za ryby to dla nas tych ryb już nie będzie.

Rzeki Mongolii są bardzo ubogie w żer. Są okresy kiedy tego żeru jest pod dostatek (rójki owadów), ale też są (i to znacznie dłuższe) okresy jesienne i zimowe -kiedy żeru nie ma. Dlatego też taki tajmień aby urosnąć do rozsądnych rozmiarów potrzebuje kilkunastu lat. W naszym gronie tak sobie żartowaliśmy,że te największe (a bywają podobno takie ponad 20 kilo) to musiały jeszcze widzieć jak Rosjanie Żukowa konie w Chalhyn-gol poili.

Noc spędziliśmy w tak zwanym pokoju gościnnym a następnego dnia rano dojechaliśmy nad rzekę Onon.

Po rozbiciu obozowiska obowiązkowe sprawdzenie czy nasze karabiny trafiają tam gdzie trzeba. W tym celu przytwierdzono kawałek kartki do drzewa i z około 100 metrów każdy mógł spróbować swych umiejętności. Okazało się, że karabin Muruna trzeba było poprawić, a Czarkowi za tylną podpórkę trzeba było dać Rafała.

Tego dnia musieliśmy się już sami uporać z aprowizacją. Dlatego kto chciał to na ryby a ja z Rafałem popróbowaliśmy swoich sił w polowaniu na ptactwo. W efekcie wieczorem była ryba z patelni oraz rosół z cietrzewi.

Następnego dnia oda rana wyjeżdżamy (Ja, Rafał i Andrzej) na polowanie na wilki. Po drodze jedziemy po naszego przewodnika. Okazuje się,że oprócz nas będą z nami dwaj turyści z Japonii, syn przewodnika –Temudżyn, przewodnik i nas pięciu (z kierowcą i Murunem) – w sumie spora grupka. W efekcie robi się z tego niezła wyprawa.

Wyjeżdżamy na step i za kilkadziesiąt minut dojeżdżamy do mongolskiej gere (jurta).

Murun przeprowadza krótką rozmowę i jakiś Mongoł odpala motor i hula w step. Po pół godzinie wraca pędząc niewielkie stado koni. Następnie mamy okazję obejrzeć sztukę łapania koni na mongolskie lasso. W czasie jazdy na koniu jeździec tak trzyma ten kij z pętlą,że utrzymuje go cały czas w tej samej pozycji – poziomo przy głowie uciekającego konia. Tak jakby koń na którym jedzie wcale nie podskakiwał. W tej sytuacji założenie pętli uciekającemu koniowi to Pikuś (no może Pan Pikuś). Złapany koń zachowuje się jakby to była umówiona zabawa w „ goń mnie”. Po założeniu pętli staje się łagodny i daje się osiodłać. Na to wszystko patrzył też kozioł, który stał na pace półciężarówki i z pewna dozą niecierpliwości beczał donośnie. Pewnie też by chciał na wilki …

A wszystko po to,żeby pozyskać jednego naganiacza. W tym tempie po około dwóch godzinach oczekiwania mamy komplet nagonki w liczbie trzech i ruszamy dalej.

Po niecałej godzinie jazdy (ciągle po górę) docieramy na szczyty wzgórz okalających stepy. Nagle samochód jadący przed nami się zatrzymuje i nasz przewodnik podbiega do nas z informacją,że przed nimi wilk wbiegł do lasu. No to go już nie ma. Jedziemy dalej i po około 200 metrach jesteśmy na miejscu. Widok na stepy leżące w dole niesamowity.

Przewodnik rozprowadza nas na stanowiska. Nagle idący przed nami Mongołowie przyklękają i widzę jak jakieś 100 metrów przed nimi przebiega wilk. Młodszy zdążył go złapać w lunetę, skutecznie. Piękny strzał. Idziemy dalej.

Mnie wypadło stanowisko na zboczu góry. Po prawej w odległości jakieś 200 metrów Rafał a Andrzej z Murunem jeszcze dalej. Przed sobą mam widok na modrzewiowy las, okalający zbocze góry i w oddali piękną perspektywę stepu. Las modrzewiowy o tej porze roku może być inspiracją dla malarzy – przeważają pastelowe barwy : różne odcienie żółci, brązu – to modrzewie, gdzieniegdzie widać zielone plamy – to sosny. Wszystko w bardzo wyraźnych barwach, pięknie oświetlone światłem słonecznym.

Daleko na stepie widzę jak trzej jeźdźcy zbliżają się do zbocza góry. A tak, to nasza nagonka. Po pewnym czasie giną w lesie i z daleka słychać tylko ich pokrzykiwanie.

To wszystko co widzę dzieje się w takich odległościach,że tylko dzięki mojej lornetce – wyposażonej w dalmierz – mogę je ocenić. Odległość do miejsca w którym nasi naganiacze zagłębili się w las to było około 3 kilometry.

Po dłuższym czasie nagonka zbliżyła się na taką odległość,że spodziewałem się lada chwila któregoś z nich zobaczyć. I w tym momencie na wprost Rafała wybiega wilk. Teraz dopiero okazało się,że zbocze na którym siedzimy nie jest w cale takie odkryte. Wilk co chwila znika pomiędzy porastające to zbocze krzewami. Pewnie dlatego Rafał długo tak zwlekał ze strzałem. Dosłownie chwilę później tym samym śladem wybiegł lis. Był to największy przedstawiciel tego gatunku jakiego spotkałem. Trzeba przyznać Rafałowi,że gratulacje za celne strzały jakie odbierał od Mongołów były w pełni zasłużone.

Po polowaniu wracamy do obozu nad Ononem. Następnego dnia ruszamy na ryby. Nasze obawy potwierdziły się. Wszędzie znać obecność ludzi i nawet widzieliśmy jak Mongołowie próbują łowić ryby na naturalna rybkę. Po prostu kawałek żyłki, wymach i wyrzut z ręki jak najdalej w rzekę. Przy nas nic nie złowili ale skoro łowią to pewnie czasami im się udaje. Nam się udało złowić kilka pstrągów, a mnie nawet coś podobnego do siei. Waldek znowu został królem – z największą rybą. Piękny, nakrapiany amurski szczupak wrócił jednak do rzeki.

Po czterech dniach pobytu nad Ononem ruszamy w dalszą podróż. Od razu na początku trochę adrenaliny przy przeprawie przez rzekę. Wydaje mi się, że ten prom to dzieło rosyjskiej inżynierii wojskowej. To wszystko wygląda jak totalna prowizorka, ale wiadomo- one są najtrwalsze. Później jedziemy przez naprawdę dzikie lasy i droga stawała się coraz bardziej niewidoczna. W końcu wyjeżdżamy na jakieś łąki za którymi rozciąga się step.

Przez łąkę płynie sobie rzeczka, taka niepozorna. Nasz kierowca bez zastanowienia bierze ja w bród. A za rzeczką … i tu zaczęły się schody. Łąka okazała się na tyle gościnna,że nie chciała nas wypuścić. Nasz samochód za pierwszym razem jakoś wypchnęliśmy ale później jak już stanął – to po progi w błocie. Myślę,że ze trzy godziny trwało lewarowanie, podkładanie tego co się dało znaleźć w pobliżu -pod koła i układanie trasy z naciętych łóz. W końcu – wiktoria, samochód uwolniony ruszył i zatrzymał się dopiero na twardym stepie. Żegnaj gościnna łąko, zapamiętamy Cię na pewno – przecież trzeba którędyś wrócić.

Przed wieczorem dojeżdżamy do drewnianej chatki w której mieszka nasz następny przewodnik, doskonały myśliwy i jeździec : Cogo.

Nie skorzystaliśmy z propozycji wspólnego noclegu w jego chatce. Wobec tego Cogo wskazał nam miejsce nad rzeką Balcz, gdzie rozstawiliśmy swoje namioty.

Następnego dnia Murun zaplanował polowanie z nagonką a wędkarze mieli łowić ryby sami. Czarek z Andrzejem i Waldkiemw ramach rekonensansu złowili przy samych namiotach po kilka lenoków i pstrągów. Któryś wspominał nawet o tajmieniu.

Natomiast myśliwi stawili się punktualnie o 10.00 na zbiórkę przy chacie Cogo. Tylko,że ani Cogo ani nikogo kto by miał ochotę z nami polować – nie było. Murun twierdził,że co prawda mieli oni rano pojechać konno w góry, ale tylko na rekonesans i powinni być „już” z powrotem. Trzy godziny później mieliśmy pewność, że to „już” mongolskie znacznie różni się od naszego. W końcu Murun zaproponował żebyśmy objechali okolicę to może zobaczymy jakąś zwierzynę. I faktycznie. Po przejechaniu kilku kilometrów zza horyzontu najpierw wyłonili się dwaj jeźdźcy a później psy. Gdy się w końcu spotkaliśmy wystarczył mi jeden „rzut” oka na ich ręce i już wiedziałem … Oczywiście – jak się jedzie na rekonesans to nie zabiera się psów, a jak są psy to jest polowanie. Z krótkiej rozmowy wynika,że psy podniosły dzika i po kilkukilometrowej gonitwie w końcu go osaczyły. Teraz Cogo czeka na nas przy dziku a my mamy po niego jechać. No i pojechaliśmy. Z ciekawostek – Mongołowie nie skórują dzika tylko ćwiartują go (w skórze) na części. Potem przed gotowaniem opalają i kroją. Nikt tu też nie bada na obecność trychinozy. Murun twierdzi,że takiej choroby w Mongolii nie ma. Jednak przezornie zadowoliliśmy się tylko kilkoma kawałkami gotowanej wątroby.

Po tak owocnym dniu postanowiliśmy następnego ranka wybrać się na rekonesans wspólnie, lecz tym razem bez psów. Ruszyliśmy jeszcze po ciemaku w układzie Rafał z Temudżynenm i ja z Cogo. Każdemu, także niemyśliwym polecam taki spacer w górach. Najpierw podejście kilkukilometrowe pod górę, oczekiwanie kiedy słońce wynurzy się na tyle,żeby oświetlić doliny, obserwacja przeciwległych zboczy, dolin, parowów. Wydawało mi się,że zabezpieczony w sprzęt optyczny najwyższej jakości pierwszy zobaczę jakąś zwierzynę. Nic bardziej mylnego. Cogo przez taką lornetkę, która pamięta jeszcze drugą wojnę światową (typ Kleberga)- pierwszy coś zobaczył. I tak na migi pokazał mi za którym drzewem jest to „coś”. Przez dłuższą chwilę miałem wrażenie,że mnie nabiera. Dopiero jak się „coś” ruszyło to zobaczyłem – sarny, ale wielkości pchły. No tak, u nas sarna nawet na daleką odległość przypomina co najwyżej zająca, no może mysz. Ale pchła? Nie jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia na takie odległości i stąd taka różnica. Na obronę polskich myśliwych dodam,że wszystko co się działo na 100-200 metrów to my widzieliśmy pierwsi. Mongołowie jakoś do takich małych dystansów nie przywykli.

Skutkiem naszych działań zapewniliśmy aprowizację w postaci sarny, a mnie dodatkowo udał się taki strzał do lisa (jaki się pewnie drugi raz nie uda !). Faktem jest,że nawet u Mongołów trafienie lisa na 330 metrów wzbudziło podziw.

Nasi koledzy tego dnia zwiedzali wodną okolicę. W wyniku dokładnych badań rzeki orzekli,że dużego tajmienia (póki co) nie widno.

Natomiast Cezary (znawca i koneser sztuki kulinarnej) oświadczył,że takiego jedzenia w Polsce nigdy nie próbował. Prawda, bo skąd mieszkaniec Warszawy może znać smak tatara z sarny, albo smażonej wątróbki?

Następnego dnia powtórka rannego podchodu. Podchodziliśmy z Cogo pod takie dość strome zbocze, kiedy z tyłu usłyszałem jakiś hałas. No tak, psy Cogo nie nawykły do pozostawania w domu i postanowiły się z nami zabrać. Tylko że my samochodem przejechaliśmy tak z 10 kilometrów o one prawie tym samym tempem za nami.

Cogo nie był tym zachwycony i jeden jego ruch ręki (nie uderzył !) spowodował,że przewodnik stada od razu po sobie uszy położył. Po wejściu na górę usiedliśmy wygodnie na skałach, wokół nas poukładały się psy. Cogo pokazał mi na migi,że będzie wabił. Jego wilczy zew niósł się daleko po sąsiednich szczytach. Jestem przekonany,że gdyby to działo się w lutym (okres wilczej rui) to na taki wab musiało by coś przyjść. W październiku niekoniecznie. Na powrocie spotkaliśmy jeszcze stadko cietrzewi z którego Rafał jednego uszczknął.

 

W ciągu tych kilu dni nad Balczem mieliśmy okazję oglądać duże połacie lasów przez które przeszedł pożar. Wystające czarne poopalane kikuty drzew oraz przyczernione pnie

lasów wyraźnie mówiły o jakimś kataklizmie. Murun zapytany o to odpowiedział krótko : „debili Mongolii”. Później wyjaśnił,że w latach 90-tych Chińczycy nagminnie skupowali wieńce i zrzuty marali (Maral – jeleń żyjący w Mongolii i Kazachstanie). Skutkiem tego populacja marala spadła z około 400 000 sztuk do około 20 000 a zrzuty łatwiej było poszukiwać jak się podpaliło trawę – bo w wysokiej trawie było jakoś trudniej.

Zarabiali w ten sposób jakieś niewielkie pieniądze a dokonywali zniszczeń na miliony (w każdej walucie). Faktycznie : debili Mongoli.

Faktem jest, że w chwili obecnej obowiązuje w Mongolii zakaz polowania na marale i (z tego co zrozumiałem) kara za posiadanie zrzutów. Może nawet ktoś tego pilnuje. Ale chyba nie za bardzo – skoro u Cogo za domem znaleźliśmy wieniec (poroże) marala.

I w końcu przyszła zima. Łowiliśmy sobie ryby jakieś kilka kilometrów w dół od obozu kiedy nagle słońce schowało się za chmurami. Patrzymy, a daleko od gór ciągnie ku nam ciemna masa. Chmury jak z ołowiu zasłoniły już większą część nieba i widać było,że to nie przejściowe zachmurzenie. Po prawie dwóch tygodniach słońca taki widok nie należał do przyjemnych. Wróciliśmy zatem do obozu. Powrót i kolacja już w strugach deszczu. Nawet nasze ognisko tym razem nie pomagało. Trzeba było się schronić do namiotu a jedyny który do tego się nadawał – to namiot Czarka, Waldka i Andrzeja. Zmieściliśmy się tam w sześciu.

Waldkowi nawet w spaniu nie przeszkadzała nasza głośna rozmowa przerywana tylko od czasu do czasu staropolskim toastem : aby nam się.

Obudziliśmy się następnego dnia (o dziwo każdy w swoim namiocie) i od razu zaniepokoił mnie niesłyszany dotychczas szelest. Na zewnątrz było biało, a ten szelest to śnieg zsuwający się po ścianach naszego namiotu. Nic to. Jak co rano rozpalanie ogniska i od razu raźniej. Każdy, kto był chociaż na jakimkolwiek biwaku wie, że ogniska nic nie zastąpi. Moim kolegom na pewno brakuje teraz – po powrocie do domu – tych odgłosów rąbania i łamania gałęzi. Nic to, że o piątej (nawet o czwartej) rano. Ważne,że jak wstawali to było ognisko.

Tego dnia Mongołowie zaplanowali dla nas polowanie z nagonką. Nas trzech (Rafał, Andrzej i ja), trzech naganiaczy no i (jak się później okazało) sześciu mongolskich myśliwych.

Trzeba podkreślić,że Mongolia to kraj gdzie prawo traktuje się w swoisty sposób.

Przed przyjazdem do Mongolii Murun pouczył nas,że u nich nie wolno polować z bronią automatyczną. Dlatego też posiadaliśmy ze sobą tzw. repetiery.

Tego dnia po dojechaniu na miejsce spotkaliśmy „przypadkowo” wspomnianą już grupkę sześciu myśliwych. No i wszyscy, zgodnie z cytowanym wyżej przepisem, przykładnie uzbrojeni w kałachy (niektóre nawet z długim magazynkiem). Co kraj to obyczaj.

W pierwszym pędzeniu –gdzie rolę naganki pełnili Mongołowie na koniach oraz psy – rozstawiono nas w znacznych odległościach. Do Rafała miałem chyba z 800 metrów a z drugiej do Andrzeja i Muruna też pewnie nie dużo bliżej. Wdrapaliśmy się z Czarkiem na pobliski szczyt, z którego wydawało się nam,że wszystko będzie widać. Było widać : pod nami ponad stumetrową przepaść a w oddali naprawdę piękne widoki. Niestety pomimo takich przygotowań – nic na nas nie wyszło. Za to zmarzliśmy porządnie. W ramach rozgrzewki rozpaliliśmy ognisko i próbowaliśmy coś zagrzać do jedzenia. Było tego co prawda niewiele : suchy chleb, żółty ser i konserwa.

Jednak pomimo malkontenctwa Andrzeja, suchy chleb podgrzany na ogniu stał się miękki i zjadliwy a i z reszty po chwili też nic nie zostało. Po jakimś czasie podjechał po nas nasz Uaz i okazało się,że Cogo swoim zwyczajem pognał za dzikiem i trzeba po niego (dzika oczywiście) pojechać. Ten dzik zamiast wybrać sobie wygodną drogę tam gdzie staliśmy, poszedł gdzieś w „ cholerę” i znowu trzeba było objeżdżać kawał Mongolii, żeby go znaleźć. Przy patroszeniu Mongołowie od razu wypili po gorącym kubku – bo krew była jeszcze ciepła. Nawet nam proponowali, ale tym razem jakoś nawet Czarek nie był skory do spróbowania.

Tak nam minął miły dzionek. Wieczorem rozpaliliśmy naprawdę duży ogień. Nie wiem jednak kto bardziej hulał : czy ogień z naszego ogniska, czy wicher nad Balczem.

Faktem jest,że nikt nawet kataru nie dostał : wiadomo – kropelki pobiera się przed a nie po.

Ostatni dzień naszego pobytu nad Balczem wstał jak przystało na północną Mongolię – mroźny i wietrzny.

Murun oświadczył, że dzisiaj będzie znowu „spędzenie” – ale tym razem bez psów, tylko nagonka.

Ruszyliśmy w trójkę : Rafał, ja i Andrzej., oczywiście plus nasz kierowca i Murun. Po drodze znowu jakby przypadkiem – dołączyli się nasi wczorajsi mongolscy koledzy. Tradycyjnie rozwieziono nas na stanowiska. Przed sobą za sobą mieliśmy piękny modrzewiowy las a w prawo i lewo otwartą przestrzeń. Na tyle otwartą,że nic nie powstrzymywało wiatru który wiał tam powiedzmy : przyzwoicie. Na tyle przyzwoicie że wychylenie głowy zza drzewa aby trochę popatrzeć w lewo – to już było wyzwanie.

Po długim oczekiwaniu od strony Rafa dostrzegłem jakiś ruch. Coś tam wybiegło i szybko zawróciło. Za chwilę padły jakieś strzały i to szybko po sobie, chwila przerwy i znowu. Pewnie jakiś kolega Mongolski (bo przecież nikt inny z automatem nie był). Później jeszcze dwa, ale dużo bliżej. Po dłuższej chwili z lasu wyjechali na koniach nasi naganiacze i koniec „spędzenia”. Efekt tej mongolskiej strzelaniny nie był imponujący – jedna sarna. Natomiast Rafał zdobył sobie uznanie Mongołów – dwa strzały i oba skuteczne. Faktem jest, że po naszym polowaniu Cogo miał zapas dziczyzny na pół zimy, a i nam coś z tego zostało.

Następnego dnia od rana zwijanie obozu i pakowanie. Jakoś nam to coraz łatwiej przychodzi. No i rzeczy trochę mniej. Ale do czasu. Po dojechaniu do chaty Cogo okazuje się,że mamy pasażerów, i to z bagażem. Oprócz naszej piątki, kierowcy i Muruna jedzie z nami jeszcze cztery osoby. Wszyscy dostali (albo kupili) od Cogo po kawałku dziczyzny plus to co mieli ze sobą. W każdym razie było co pakować.

W międzyczasie poczęstowano nas rosołem z barana (naprawdę dobry) oraz czarką miejscowej wódki. Utarło się myślenie,że miejscowa wódka to kumys. Otóż nie. Kumys to zsiadłe mleko, tylko że z kobyły. Natomiast wódkę robi się w ten sposób, że zsiadłe mleko się destyluje. Wychodzi z tego coś co ma tak z kilkanaście procent alkoholu ale za to przepiękny aromat (po tym mleku). Gospodarz, który chce gościa naprawdę uhonorować podaje mu alkohol w naczyniu ze szlachetnego kruszcu i w otwartych dłoniach. Mnie przypadł ten zaszczyt jako pierwszemu. Ale jak tu nie obrazić gospodarza kiedy tego napoju nie bardzo dało się wypić (ten aromat). Po prostu wziąłem łyczek i z takim samym szacunkiem przekazałem dalej. Ostatniemu przypadł zaszczyt opróżnienia czarki do końca. Waldek jednak stanął na wysokości zadania i oddał pustą czarkę. Jednak za dolewkę podziękowaliśmy.

W drogę. Pamiętamy Cię gościnna łąko. Waldek już od dwóch dni snuł katastroficzne plany.

Jednak Mongolia zawsze zaskakuje. Najpierw po dojechaniu do pamiętnego miejsca spotkaliśmy przewoźny CPN i zatankowaliśmy nasz samochód i to jak … Benzyna była przewożona w butelkach po napojach, wodzie i nawet …w gaśnicach. Następnie usłużny dostawca paliwa pogadał z naszym Molunem i powiedział,że jest druga droga. Wkrótce okazało się,że jest tylko „nieco” lepsza. Ale tym razem byliśmy przygotowani i nasz superkierowca pokonał wyznaczoną trasę „w cuglach”. Po drodze spotkaliśmy stadko sępów pożywiających się całkiem świeżą koniną.W miarę jak podążaliśmy na południe kończył się śnieg. Jeszcze tylko słynna przeprawa przez Onon i lądujemy w znajomym domku w gościnnym w Bindrze. Wieczorna kolacja przedłużyła się do późnych godzin nocnych. Byliśmy w komforcie – nad głową dach, obok paliło się w piecyku, do jedzenia gulasz z sarny i smażona wątróbka. Nawet fakt,że wodę trzeba było pozyskiwać najpierw pokruszywszy lód w beczce a w „ustroniu” uważać żeby nie wpaść do (tej !) dziury w podłodze, nie zakłócił poczucia komfortu.

Następnego ranka w lekkim nastroju i nieco cięższymi głowami wyruszyliśmy na ostatni wypad. Waldek z Czarkiem – na ryby, ja, Rafał i Andrzej – na polowanie.

Waldek z Czarkiem wyruszyli wynajętym Uazem gdzieś w górę rzeki, gdzie podobno niewielu może dojechać, natomiast nasza trójka miała mieć zorganizowane „spędzenie”.

Zorganizowane to duże słowo – bo jak dojechaliśmy do gere, gdzie powinna czekać nasza nagonka – okazało się że ich tam nie ma. Murun dosyć mgliście tłumaczył brak naganiaczy natomiast fakt ich braku przez to się nie zmienił.

Po blisko godzinnej jeździe (ciagle pod górę) dojechaliśmy na szczyty otaczających nas wzgórz.Rozstawiono nas po łuku wokół takich obiecujących laso- krzaków porastających zbocze. W zastępstwie za nagonkę mieli robić przewodnik, Murun i kierowca. I robili … dużo hałasu. Podobno nawet widzieli cztery wilki, lecz jak to zwykle bywa, poszły nie tam gdzie trzeba. W końcówce również Andrzejowi wyjechał wilk. Wyjechał (dobre słowo) pełnym gazem i na 200 metrów i pewnie do dzisiaj gdzieś tam hula. Tylko Rafał znowu skutecznie zadbał o aprowizację.

W drodze powrotnej jeszcze zajechaliśmy pod pomnik Chingis-Chana. Bo właśnie w tym miejscu (obok dzisiejszego Bindru) w 1206 roku zgromadzenie Mongołów wybrało go na Chana wszystkich Mongołów. Praktycznie od tej daty rozpoczyna się Wielkie Imperium Mongolskie.

Następnie powrót do „domu”, małe zakupy i spotkanie z wędkarzami. Z ciekawostek muszę dodać,że w tym regionie Mongolii produkuje się, znaną również w Ulaan Bator, śmietanę. Jest ona tak gęsta,że używa się jej do smarowania chleba. Fajnie się ją również kupuje w sklepie – po prostu pani nakłada z dużego słoja do torebki foliowej. A jak ją później odzyskać – to już nie jej problem.

Wędkarze opowiadali,że faktycznie dojechali do prześlicznych miejsc, lecz niestety ryby podobno zeszły już w dół rzeki. Po prostu – idzie zima. Z sukcesów tylko Czarek wyholował jakąś „tajmyszkę”.

Następnego dnia – wracamy do Ulaan Bator.

Po drodze jeszcze jedna niespodzianka – z daleka widzimy jak kombajny koszą pszenicę.

Jest 15 października – u nas żniwa skończyły się w pod koniec sierpnia. No tak, ale u nas zboże jare sieje się w kwietniu a w Mongolii pewnie około połowy maja a może i później – taki klimat.

Kilkadziesiąt kilometrów przed stolicą odwiedzamy mauzoleum Chingis-Chana. Z daleka widoczny pomnik (Chingis Chan na koniu) jest zwieńczeniem budynku, w którym się ono mieści. Do tego budynku prowadzą wysokie schody, a w środku – nawet winda, którą wjeżdża się na samą szyję konia.

Wbrew wszelkim zasadom grawitacji wszystkim dziarsko udało się wejść po schodach, natomiast ze schodzeniem były jakieś problemy.

Pewnikiem winę za to ponosi duch Chingis Chana zamknięty w dość mocno ogrzewanych pomieszczeniach.

Po niedługim czasie – cywilizacja. Dojechaliśmy do Ulaan Bator i stanęliśmy w kilometrowych korkach. Rozwój Mongolii przebiega bardzo dynamicznie Jest to chyba jeden z ostatnich krajów świata, który wydzierżawia rozległe tereny nawet z prawem wydobywania surowców. Dlatego też do Mongolii ściągają firmy z całego świata pragnące eksploatować złoża naturalne. Wybór jest duży – od węgla poprzez ropę naftową po złoto. Tylko nasz kraj – zaraz po wizycie ś.p. prezydenta Kaczyńskiego – zamknął ambasadę w Mongolii. Bo przecież nie ma tu co robić.

Dlatego też z roku na rok przybywa samochodów, a dróg z kolei nie. I stąd te korki.

Jednak w końcu dojechaliśmy do hotelu i przyszedł czas na spełnienie naszego marzenia – gorącą kąpiel. A tu bęc – z kranu leci coś co zaledwie ledwo się różni od wody płynącej w Balczu. Panienka z recepcji, którą zapytałem o gorącą wodę, wskazała mi czajnik.

Dopiero Murun wytłumaczył o co chodzi ale tylko z takim skutkiem,że ciepłej wody dalej nie było, a tłumaczenie o jakiejś awarii sprawy nie rozwiązało.

Trudno – żyliśmy dwa tygodnie w stepie, przeżyjemy i te dwa dni w hotelu (tylko gdzie tu ognisko rozpalić).

Następne dni upłynęły na poznawaniu prahistorii (Muzeum Naturalne z wykopaliskami z Gobi) i historii Mongolii. Wrażenie robi kompletny szkielet Tyranozurusa eksponowany na dużej sali muzeum. Oglądaliśmy oryginalną pieczęć Chingis Chana eksponowaną w Parlamencie i byliśmy na bardzo ciekawym spektaklu pieśni i tańca tradycyjnego.

A wieczorami … wieczorami też zwiedzaliśmy. W ramach zwiedzania odwiedziliśmy obiekt poświęcony słynnemu odkrywcy i podróżnikowi – Marco Polo. Nawet nie wiedziałem,że ekspozycja może być tak wdzięczna i tak ładnie się prezentować. Czarkowi najbardziej spodobały się figurki przy rurze.

Był też czas na niewielkie zakupy, zwiedzenie słynnego bazaru – gdzie można wszystko kupić ale też można i wszystko stracić. Ale przyszedł w końcu czas odlotu. Rano zameldowaliśmy się na lotnisku i pomni tego,że na poprzednich powrotach kasowano za każdą sztukę dodatkowego bagażu – popakowaliśmy strenczem nasze wędki razem i każdy co miał. Nic bardziej mylnego. Mongolskie linie lotnicze MIAT mają na to swój sposób. Po prostu zaczęli kasować za każdy kilogram nadbagażu powyżej dwudziestu kg. Jeszcze sposób w jaki to naliczają wymaga objaśnień. Otóż za trasę Ulaan – Moskwa (najdłuższy odcinek ok. 8 godzin lotu) naliczono mi 180 tys. tugrików (niewiele ponad 100 $) natomiast za trasę Moskwa –Warszawa (dwie godziny lotu) prawie 400$. Dodatkowo z Moskwy lecieliśmy LOT-em a nasze biletu kupiliśmy w Aeroflocie..Gdzie tu sens?

A no sens jest taki jak w tym kawale o przetargu na bramę do piekieł – trzeba wziąć tyle, żeby wystarczyło i dla LOT-u i dla Aeroflotu i coś Miatowi kapnęło.

Po krótkiej przerwie w Moskwie (tylko sześć godzin) w czasie której nauczyliśmy się,że małe piwo za 15 dolarów to wcale nie tak drogo, a kurs wymiany dewiz ustala bufetowa – wyruszyliśmy w ostatni odcinek podróży. Jeszcze przed odlotem spotkała nas miła niespodzianka – przywitała nas na lotnisku przesympatyczna i przemiła pani pilot Polskich Linii Lotniczych, która wracała z nami do Warszawy. Dodatkowo jeszcze, nie dość że za sterami naszego samolotu – to okazało się że to siostra jednego z naszych kolegów.

Po 18 dniach włóczęgi przywitaliśmy polską ziemię.

 

 

  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace
  • RSS

Brak komentarzy do: “Wyprawa nad Onon i Balcz październik 2012”

Dodaj komentarz:

`

Zobacz również

mongolia-rajd-na-gobi-61

Rajd na Gobi

Wyprawa Andrzeja na Gobi Jazda całymi dniami w kurzu i niewygodach po bezdrożach Mongolii. Ograniczona ilość wody i jedzenia o restauracji możesz zapomnieć. Nie wiadomo gdzie dojedziesz – bo czy bezkres ma swój koniec? Nie wiadomo też czy dojedziesz – innym nie zawsze się udało.

Kalendarze 2013 Koszulki, odzież reklamowa

Zagłosuj na nas

Translate

Copyright (C) mongolia.olsztyn.pl mapa strony rss rss komentarze realizacja: agraf.net.pl

Ta strona wykorzystuje pliki cookies m.in. do celów statystycznych oraz przez Facebook Social Plugins. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, wyłącz obsługę cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Zaakceptuj cookies Więcej informacji